Wszystko się układa, kończę rozpoczęte projekty, podróżuję, robię prawię wszystko co chcę. A jedyne o czym kurwa myślę, to że muszę wyprowadzić się szybko z domu. Brakuję mi swobody - w środku nocy wyjść na miasto, nie tłumacząc się, gdzie idę, po co, dlaczego tak późno, bo tam jest niebezpiecznie, taki przy kości gościu siedzi, znasz go? No, taki przy kości raczej, znasz? (takie małe wtrącenie) iiiii walnąć browara w ciekawym miejscu, zapalić fajkę, spojrzeć na miasto i powiedzieć "X, fajnie, że tu jestem, teraz jesteś moje." (za X wstawić nazwę dowolnego miasta). Strasznie mi tego brakuję. Albo urżnąć się do nieprzytomności i rzygać do kibla. A co!
Duszę się w sferze udawania, poprawności na pokaz (tylko na pokaz), nerwów, przedkładaniem "koloru" nad funkcjonalność, ciągłych pytań (ciągle tych samych) i (mój ulubiony temat) "Kiedyś będziesz żałował, że nie zrobiłeś studiów, ale wtedy będzie już za późno."
Jedno co mogę powiedzieć, po ponad miesiącu spędzonym w domu rodzinnym - jak się człowiek wyprowadzi, to NIE MA KURWA możliwości, żeby wrócił. Koniec kropka.
I cały luz i radość z bycia bezrobotnym trafił szlag. Chcę uciec i wyjechać. Chcieć to móc, więc po co marudzę a nic nie robię? Trafna uwaga :P Za 3 do 6 dni rejs, a ja chciałem na niego płynąć. Się rozsypuję strasznie, ale mam nadzieję, że wypali. Do rejsu muszę wytrzymać, bo nie wyrobie z przeprowadzką i rejsem w jednym czasie. Jeśli się okażę, że rejs nie wypali, pakuję się i następnego dnia jadę do Wrocławia. W ciemno.
Ktoś mnie przenocuję? :P